Ewolucja przyjaźni

 

Koleżanki… Cholera, gdyby kobiety tak strasznie nie lubiły gadać, to nie jestem pewna czy nasze koleżanki byłyby w ogóle takie istotne. A jednak są. Są częścią naszego życia, z nimi dzielimy wspomnienia, a wspomnienia to jedyne co nam pozostaje na starość. Oczywiście jeśli jesteśmy w stanie odtworzyć to, co się działo podczas wszystkich tych imprez.

Zastanawiałaś się kiedyś ilu masz znajomych na fejsie? Ilu? Dwieście, trzysta osób? Facebook ogranicza użytkownikom znajomych i możesz mieć tylko pięć tysięcy. Osoby poniżej dwudziestego roku życia, często mają ich sporo, bo lajki są droższe od pieniędzy. Do czego zmierzam. Zadałaś sobie kiedyś pytanie z iloma rzeczywiście się spotykasz? Przypuszczam, że taki średni profil z czterystoma znajomymi, wyhaczy takich realnych przyjaciół około piętnastu. Naturalnie istnieją osoby, które mają czas i pieniądze i mogą przyjemnie spędzać czas w gronie trzydziestu znajomych, ale wtedy na bank będą to też członkowie rodziny. Zapomnij na moment o rodzinie i skup się na koleżankach.

Bądźmy więc optymistami i zatrzymajmy się na tych dwudziestu. Jeśli masz teraz około dwudziestu lat z plusem, twoje życie towarzyskie dopiero nabiera rumieńców. Ja z kolei mam za sobą już dwie osiemnastki i uwierz mi to się wszystko dramatycznie zmieni. Dlaczego? Pamiętasz jak w szkole podstawowej podobał ci się określony typ mężczyzny? No właśnie. Spójrz na swojego poczciwego chłopaka i zastanów się czy on wygląda jak Michael Jackson. Śmiem wątpić, nikt tak nie wygląda. Oto właśnie chodzi. My kobiety się zmieniamy, a zmieniamy się różnie. To znaczy nam się nie wydaje, że się nie zmieniamy, ale również tak wydaje się naszym koleżankom. A potem nagle znikają.

Faza numer jeden – koleżanka jest w poważnym związku. Wiek – 20 plus, dwadzieścia minus, to zależy

Ok, to naturalne. Cieszymy się jej szczęściem, poznajemy wybranka czasami go lubimy, czasami nie, najważniejsze że nasza koleżanka jest szczęśliwa. Zgadza się? Jeśli go lubimy, to jeszcze pół biedy, koleżanka od czasu do czasu wpadnie z wybrankiem na imprezę, ale już o wiele rzadziej, bo oni mają swoje sprawy, wakacje, plany i przepiękne sesje z kawą na Instagramie. Zresztą koleżanka ma na głowie, pracę, studia, jakiegoś kota, kilka problemów rodzinnych plus crossfit. Wiadomo życie. Jako dobra koleżanka, ty na pewno zrozumiesz jej napięty grafik i tak naprawdę jest, ale mijają tygodnie, miesiące i poza kilkoma telefonami wasze życie towarzyskie opiera się o ścianę… Facebooka. W sumie zostało ci jeszcze kilka innych sprawdzonych koleżanek, ale wpadasz na jej tablicę od czasu do czasu, zdając sobie sprawę, że jej życie wraz z jej brwiami uległo kompletnej transformacji. Naturalnie Facebook przypomni ci kilka fotek z mega imprez, ale należy to już włożyć do archiwum relacji, ponieważ tego już nie ma i pewnie nie wróci. Kilka z nich cię również zablokuje, jak to w dorosłym życiu bywa. Na tym etapie kilka już będzie pełnoetatowymi mamami, z kolosalną liczbą przykładów na to czego im nie wypada.

Zawirowania losu 30 plus, 30 minus – Faza numer dwa

Pytanie – spośród dwudziestu koleżanek, ile zmieniło się diametralnie, od czasu kiedy ich sercem zawładnął ich rycerz? Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że na bank piętnaście. Wtedy twoja tablica zacznie wypełniać się zdjęciami dzieciaczków, kilka koleżanek nawet się obrazi, bo zapominasz polajkować zdjęcie czy złożyć serdeczne życzenia rocznej, niczego nieświadomej Wikusi. Między dwudziestym i trzydziestym rokiem życia, trzy czwarte spadnie z roweka bliskiej przyjaźni na rzecz idei memów dla mam superbohaterek, które pomimo super mocy, nie będą się w stanie wyrwać na kawę. Zostaje pięć. Jedna z nich to wariatka. Taki typ artystki z kwiatkiem na głowie. Coś tam maluje, pisze, tworzy, jej styl ubierania jest tylko wyłącznie jej stylem. Kiedyś może nawet trochę cię irytowały jej filozoficzne dyrdymały, ale wino piła z tobą jak mało kto. Mogłaś do niej napisać w nocy, a ona podjeżdżałą autem i wyciągała cię nad jezioro po dziesięciu minutach od zakończenia rozmowy. Nawet nieraz przeszło ci przez myśl, że ona nigdy nie śpi. I co się dzieje? Artystka nagle odklepuje się gdzieś na Malcie, chce tam lepić garnki z gliny i nadal się rozwijać. Nie ma jej. Znasz ją, ona nikogo nie słucha, żyje chwilą, może nawet przeszła na Buddyzm. To pozostawia cię z czwóką koleżanek.

Ta twoja święta czwórca też jest dość ciekawa i kolorowa. Niektóre są w związkach, niektóre nie, ale wiadomo,  można pogadać przy winie. Na pewno niektóre mają dzieci, a jednak jest dość radośnie. Zapewne często wspominacie dawne czasy i zastanawiacie się co u reszty. No i często bywa tak, że nawet jedna wróci na łono sióstr po nieudanym związku, jest chwila intensywnego kontaktu, jakaś próba wsparcia od reszty, tłumaczenia, ale nie mija dłuższa chwila, a ona już kogoś ma i znika. Nadal jesteście we czwórkę lub w trójkę.

Wtedy to następuje zwolnienie maszyny losującej i co najmniej dwie z pośród czterech mają dzieci. Być może jesteś to ty, kto to wie. Na początku wszystko to jeszcze ogarniacie, ale dzieci zaczyna przybywać, dochodzą jakieś pieseły ze schroniska, a spotkanie w pełnym gronie staje się absolutnie niemożliwe. Zawsze jesteście we dwie, albo we trzy. Z czwórcy robi się ruchoma trójca, ale to jest spoko. Takie jest życie.

Faza numer trzy, 40 minus, albo plus.

Wtedy już zaczynają się schody. Imprezy są coraz rzadsze, ale jeśli są, to na pewno bardzo intensywne. Są to imprezy głośne, upragnione, na których bezdyskusyjnie wszystkie będą omawiały diety, a jedna zawsze będzie gadać o seksie. Kobiety w tym okresie swojego życia, najczęściej akceptują siebie bardziej, niż wtedy kiedy miały dwadzieścia lat. Jedna z nich będzie przechodzić regres i będzie używać zdrobnień typu: ojej, kochaniusia, milusia oraz cio zamiast co. Ta która będzie używać zdrobnień, będzie non stop gadać o sobie. Ta sama również, nie będzie robić tajemnicy z zarobków swojego męża i zapyta o długość członka twojego, dodatkowo będzie traktować swojego psa jak dziecko, używając przy tym mocno  stężonej ilości zdrobnień i pieszczot. Po kilku takich spotkaniach będzie was trzy, ponieważ to ty się zmieniłaś i nie chciałaś słuchać o fiflaku jej Misia, po drugie jesteś zacofana. Bo wieloletnie przyjaźnie mają to do siebie, że twoja opinia powinna być taka sama jak koleżanki, a często nie jest. I to jest ok, chociaż wiadomo stosunki się rozluźnia ją. Przedszkole emocjonalne stoi mocno jeśli chodzi o damskie przyjaźnie. W życiu nie należy sie do niczego zmuszać, ale robicie się starsze, a to nie oznacza że bardziej cierpliwe. Jedna z nich na pewno zrobi sobie też  pierwszy tatuaż na znak wewnętrznego odrodzenia.

Faza numer cztery, 50 minus, albo plus.

Jeśli jakimś cudem udało ci się wytrwać w przyjaźni przez trzydzieści lat, to tak naprawdę jest mało rzeczy które mogłoby to zmienić. Oprócz dwóch małych wyjątków. Jeśli jedna z twoich koleżanek (najczęściej ta, która namawiała cię na party dla swingersów ) zaczyna dołączać do grup modlitewnych, wysyła ci koronki do serca wszystkich świętych, modli się za ciebie i absolutnie nie pamięta swojej dość intensywnej młodości, istnieje ryzyko że ona właśnie wchodzi w fazę z której nie ma powrotu. Jej tablica mieni się od kolorych gifów, witających i żegnających swoich przyjaciół z fejsika, misiów polarnych chliptających kawusię, oraz jej twarzy zatopionej w wodospady romantyzmu. To nie jest dobry znak. Śmieszki się skończyły. Zostałyście we dwie. I jeśli tylko twojej koleżance (tak tej ostatniej z listy), nie przyjdzie do głowy dyskutować swoich poglądów politycznych, to bingo! Będziesz się cieszyć młodością i przyjaźnią jeszcze przez długi czas. Powodzenia!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nie cierpię blogów parentingowych.

Blogi parentingowe… kto ich nie zna? Nawet jeżeli nie masz dzieci, jestem pewna że jakiś przypadkowy wpis, nie raz nie dwa – gwałtownie wzmógł w tobie proces gnilny. Jestem przekonana, że ten skutek uboczny obserwowania bloga parentingowego, jest jedyną rzeczą, którą można tam uzyskać za darmo, oprócz dość agrywnej reakcji na negatywny komentarz ze strony psychofanki bloga lub samego blogera. Za resztę zapłacisz kartą Master Card. Jestem jedną z tych osób, do których te wszystkie blogi powinny przemawiać, ale za każdym razem (niezależnie od tego, czego dotyczy temat) moje gałki oczne wykonują gwałtowny manerw cofania, jak gdyby chciały już na zawsze pozostać w tylnej części czaszki. Ta namacalna, fizyczna reakcja, świadcząca o tym że już czas na odwyk, była skutkiem ubocznym moich poszukiwań w celu stworzenia tego skromnego wpisu.

Blogi parentingowe cieszą się wielką popularnością. Wiadomo, większość z nas ma dzieci, lubi się nimi chwalić, ale przede wszystkim większość mam uwielbia beztroską atencyjność innych ludzi, kosztem własnych dzieci oraz życia prywatnego. I ciężko z tym zdaniem polemizować, obserwując zaangażowanie mam w rosnącą popularność nie tylko konkretnego bloga, ale i każdego kolejnego nic-postu. Co do samych blogerów parentingowych – działa to w dwie strony, oni wrzucają zdjęcie z porodu lub opowiadają żarcik rodem z Chwili dla Ciebie, a mamy zachęcone setkami pozytywnych reakcji, robią dokładnie to samo, tylko często gorzej. Szkopuł w tym, że takie komentarze może czytać każdy. Nie trzeba być fanem bloga, żeby od czasu do czasu wejść i kompletnie się odmóżdżyć. Ta parentingowa karuzela śmiechu nakręca się samoistnie i niestety trochę nam ukazuje, co się dzieje z mózgiem kobiety, która staje się częścią… Macierzyńskiego Stadła XXI wieku.

W założeniu blogi parentingowe miały być niekończącymi się sagami o miłości. Tak, to prawda! A co za tym idzie takie blogi miały być pełne szczerych wpisów, porad, wywiadów z ekspertami. I naprawdę nie ma absolutnie nic złego w zarabianiu na pisaniu wartościowych artykułów dla ludzi którzy zdecydowali, że są w stanie wychować najprawdziwszego człowieka na świecie. Ale mamy rok 2017 i blogów parentingowych są setki, dlatego blogerzy stają się coraz bardziej podirytowani i czują presję. Przykład? Na jednym z większych blogów, bloger parentingowy ostrzegał, że spamowanie w komentarzach może zakończyć się banem. Naturalnie chodziło o wrzucanie linków do blogów konkurencji. Ostatnio bardzo modne stało się wrzucanie słodko – pierdzących zdjęć swoich dzieci (często ośmieszających), okraszonych opisami, które wzmagają w ustach posmak słodkiej oranżady z Komunii, powracającej wraz z odruchem wymiotnym po dwudziestu latach od spożycia… Nie wspomnę już o komentarzach w stylu: O ziobać e-cioiciu telaś Jaś myje siobie włośki… Nosz pani kochana, litości!

:V

Blogerzy to tacy celebryci klasy C. Nie liczą się za bardzo w kręgach Wojewódzkiego czy Gessler, ale liczba lajków się zgadza i trudno się dziwić firmom, które pragną umieścić swój smoczek na zdjęciu mamy blogującej. Blogerki często poświęcają swój czas i pieniądze, aby zapłacić za szkolenie jakiegoś przemądrzałego Kołcza, który jedym słowem namawia ich do wrzucania coraz bardziej kontrowersyjnych zdjęć oraz pisania o tym, że są chujowymi rodzicami. Czym więcej ekshibicjonizmu i kontrowersji tym lepiej. I muszę przyznać, że te szkolenia przynoszą określone reakcje, ale również i krytykę mam, które przy czytaniu takich wspisów używają mózgu. Z tą krytyką na blogach, sami blogerzy radzą sobie bardzo słabo. Mogą natomiast liczyć na wsparcie tabunu bezkrytycznych psychofanek, które macierzyńtwo uważają za dobro narodowe i również same nie mają żadnych oporów w wyliczaniu szwów po porodzie naturalnym w komentarzach… czy też wrzucaniu żenujących komentarzy i bardzo, bardzo złych zdjęć swoich dzieci – bo to śmieszne. Droga mamo, blogera nic nie obchodzi wygląd twojego dziecka. Powiem więcej, większość mam w głębi duszy uważa, że ma ładniejsze dzieci. Przykro mi. Oszczędź sobie, blog to nie konkurs piękności. Zresztą piękno to pojęcie względne.

Dla mnie blogi parentingowe już dawno przestały być wartościowe, a zaczęły być żenujące. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego komuś kto uważa się za Liderkę Macierzyństwa, nie wydaje się, że niestosowne jest wrzucanie setek zdjęć swoich dzieci. Od poczęcia do narodzin, od chrztu do pierwszej jazdy na rowerze. Jeśli karmi piersią – koniecznie nago (czy tylko ja zauważyłam że większość blogerek karmi nago?) Bogerki i blogerzy lajfstajlowi (jak się każą teraz nazywać) są hipokrytami. Z jednej strony uczą nas jak zapewnić dziecku bezpieczeństwo w internecie, z drugiej serwują swoim własnym dzieciom, coś w rodzaju filmu Truman Show. Mały Henryk nie ma pojęcia, że jest dopingowany (dopingowany?) przez setki tysięcy e-cioć i e- wujków, że jego mama opowiada właśnie kupowo – spacerkowe anegdotki… Już wcześniej wspominałam, że nie ma nic złego w pisaniu wartościowych, przydatnych artykułów ZA PIENIĄDZE. Nie ma też nic złego w reklamowaniu kilku produtktów (jeśli są naprawdę dobre), ale sprzedaż intymnych chwil swojego dziecka? Czy blogerka, która jest guru wszystkich matek, ma prawo wysyłać tak sprzeczne sygnały? Mam taką smutną koncepcję, że za kompletnym brakiem wyobraźni rodziców stoją również blogerki. To one uznawane są za trendsetterki, to one częstują matki dzienną dawką kupy lub angedotki o Henryku. Naturalnie Henryk nie ma pojęcia, że właśnie jest ośmieszany, ani żadne inne dziecko, którego mały bełcik ląduje w komentarzu. Heheszki prawda? Mam jednak nadzieję, że warto. I że sprzedaż prywatności dziecka (teraz już w coraz to bardziej kontrowersyjny sposób) pokryje koszty jakiegoś grubszego pozwu skierowanego wobec rodziców w przyszłości. Jeśli zwykły rodzic może ponieść konsekwencje prawne z tytułu ośmieszania dziecka, to jestem pewna że źródło inspiracji (BLOGER) również może. Jeśli przyszłoby mi do głowy robić waszą robotę, to pisałabym do matek o ich ostatnim wynalazku: Fanpejdżach poświęconych tylko i wyłącznie ich dzieciom. Kurdebele? POWAŻNIE??? Jeśli uważacie blogowanie za swoją pracę, przynajmniej bądźcie w temacie, zobaczcie co robią wasze czytelniczki zachęcone waszym sukcesem, zamiast na zlocie blogerek wszelakich dyskutować życie i kupy własnych dzieci (o czym wiem z bardzo dobrego źródła).

Najbardziej w blogach parentingowych brakuje mi szczerości. Żenujący mem o zmęczonej mamie, tak naprawdę nie rozwiązuje problemu. Wpis o tym, że macierzyństwo kogoś przerasta, że ktoś nie do końca przemyślał swoją decyzję o posiadaniu dzieci, że wcale nie jest tak kolorowo, to coś co czym boją się pisać blogerki. Nie mają odwagi pisać o tym, jak czuje się samotna matka niepełnosprawnego Henia. Wywiady z czytelniczkami czy publikacja listu, to jest kierunek w którym powinny iść blogi parentingowe. Nie wszystkie kobiety są silne w swoim macierzyństwie, nie wszystkie uda się zadowolić za pomocą różowej papki emocjonalnej w formie gównowpisu. Uważam, że ponosicie dość dużą odpowiedzialność za swoje czytelczniczki, że sprzedajecie im kupę owiniętą w różowy papierek. Wolałabym realnie pomóc pięciu kobietom niż robić papkę z mózgu tysiącom innym, no ale na pewno to piszę, bo zazdroszczę i jestem brzydka. Dobrze, że chociaż mam dzieci! No ale, again…jestem gruba no i nie zarabiam. Ale przynajmniej mogę sobie pozwolić na szczerość, a to bardzo duży komfort.

 

 

 

 

 

 

 

 

Koronka rozpaczy :v

Jeśli ktoś tydzień temu wspomniałby o wpisie inspirowanym Dodą, to chyba z wrażenia przeżegnałabym się lewą stopą. Ponieważ jednak (jak zwykle) w komentarzach wyszło z nas to co najgorsze, zaległam w kąciku jedząc nerkowce i trudno było mi opanować kompulsywny ruch gałek ocznych i zwieraczy. Słów oburzenia nie było końca. Dziwka! Szmata! Już wszystko pokazała! Totalny brak szacunku dla pary prezydenckiej! Niech się leczy! (tutaj poszłam po więcej orzeszków, przewidując że medialne tarło dopiero się zaczyna i miałam rację). Zapach cebuli wydobywał się zewsząd, a wiadomo gdzie cebula tam łzy radości. Dorotce tymczasem właśnie o to chodziło. Pragnęła ona bowiem medialnej burzy, ale nikt w tym szale zagryzania się na śmierć w komentarzach nie zauważył, że Doda miała na sobie te cholerne majtki. Majciochy zresztą są bardzo modne, niektóre artystki noszą tylko majtki jako stage look, ale widać połyskliwa koronka rozpaliła klawiatury, spowodowała falę hejtu, wywołała zazdrość innych kobiet oraz stopiła serca i umysły mężczyzn rzecz jasna. Borze Dębowy…jak to dobrze, że Dodzia to nie matka! Bo kobiecie w Polsce nic nie wypada, a już matce to tylko wór na łeb i rezerwacja miejsca na cmentarzu. Dodzia tymaczasem z wdziękiem rozpętała prawdziwy shitstorm. I jak to u nas zresztą bywa – szukanie sensacji od Dupy strony , przekładany śmietankową masą jeszcze większego bólu anusa, dotknął głęboko nawet dziennikarki! Ahaha! Płaczę! Tymczasem twarz Prezidą Dudą wydawała się całkiem kontenta, nasza Dorcia wywołała również uśmiech na twarzy prezydentowej (co zostało kompletnie zignorowane przez plotkarskie portale), jednym słowem – całkiem rodzinna, miła atmosfera! Jak na urodzinach u babci! Duda jako światowiec zwiedził pół globu, widział pewnie setki rozebranych tancerek, być może nawet nagie, wirujące w tańcu fiflaki tancerzy z plemienia Uda – Duda, ale nie – szok i niedowierzanie! Majtki na ekranie! Krew w oczach internautów bo Doda, Sodomia i Gomoria internetów!…I nagle przypomniałam sobie o włoskim premierze Silvio Berlusconi. O tych after party z celebrytkami klasy C, nieletnimi prostytutkami, możnaby tu wiele wymieniać! Unga Bunga Party dla wybranych i innych wyskokach klasy wyższej… No ten to miał życie…Zarucha.ł, wzion i wypromował…My natomiast nigdy nie doczekamy się PRAWDZIWEGO SKANDALU, tak zwanego seksu na górze i soczystych wątków o karierze  asystentek w tiwi.. Natomiast nasz Prezidą, zobaczył beżowe majtki…Czas umierać! Polska na kolanach! Straaaajk. Koniec świata! Puste półki w skepach i stosy palących się Świeżaków na znak protestu społeczeństwa polskiego. Rozum i godność człowieka zostały pogrzebane. Naukowcy opłacani przez Kancelarię Prezydenta byli w takim szoku, że przez przypadek obliczyli kwadraturę koła. Została również powołana Specjalna Komisja Śledcza mająca za zadanie wykryć producenta beżowych majtek. W sprawę zaangażował się sam Kim Jong – un. Obiecał nawet, że jeśli trefna fabryka majciochów zostanie namierzona, to być może nie zaszlachtuje reszty swojej rodziny, a zima w Polsce będzie łagodniejsza. Cyrk panie, cyrk!

Kuhwa really?

Cierpimy na brak zajebistych momentów w internecie. Wszystko co jest związane ze światem celebrytów jest cholernie nudne. Kabarety mają ból żoładka, kiedy przejdzie im przez myśl żeby zażartować z rządu, albo z tego co nas otacza. Bądźmy neutralni! Oby nikt się na nas nie obraził! To są trudne czasy! Bycie debilem jest wystarczająco opłacalne! To nic, że nie śmieszy i tak dobrze nam zapłacą! I siedzi ta polska widownia, a tiwi montuje twarze widzów, udowadniając że jednak śmieszy. I przychodzi Doda. I nagle pokazuje, że ci na szczycie mają poczucie humoru, penisa i dystans. Teraz czekam na skecz jakiegoś kabaretu, który nawiąże do tego wątpliwego skandalu, ale wiem że brak im do tego jąder.

Ci mądrzejsi internauci jednak zauważą, że Super Express pubilkował sesje na koniu morderczyni małej Madzi i inne smaczki dla czytelników z IQ zbliżonym do temperatury pokojowej. I tak, jasne! Doda za hajsy może skoczyć na główkę do szamba, bo nie sądzę żeby Putin poprosił ją o chałturę na Kremlu, a przecież piniondz to piniondz. Ale PREZIDĄ? CO DO KUHWY NĘDZY TAM RHOBI PRHEZIDĄ DUDĄ??? Hejtującym Dodę, polecam trzy głębokie wdechy przed wciśnięciem klawisza enter. Dziewczyna nie tylko ma zajebistą pęcinę i podudzie, ale robi coś dla hajsu, bo ktoś ją wynajął, takie czasy. Endrju natomiast, zaprosił małżonkę żeby promować bagno w telewizji. Gazetę, która jest rynsztokiem, piorącą mózgi inteligentnych inaczej. Zauważ, że nikt o tym nie mówi, a to co najbardziej nas boli to kawałek koronki. Mój wianek z cebuli opadł mi na oczy…

kasiapic.Super Express

Wasza Grażyna. Najgorszego Sortu

Kobieta na drugie ma furia

Od kwietnia intensywnie analizuję ustawę o zniewoleniu kobiet i zastanawiam się, jak taki wybuch szamba mógł zrodzić się w czyimś  berecie. Jestem człowiekiem pomyślałam, tak się nie traktuje ludzi…a nie…wróć! Nie jestem człowiekiem, jestem kobietą! I zasadniczo wszystko się wyjaśniło. Postanowiłam się jednak nad tym głębiej zastanowić. I myślę sobie, że każdy ma wrogów, ale jeszcze żaden z nich nie chciał mnie zabić, a już na pewno mnie niewierzącą konsultować z księdzem i to w dodatku ginekologicznie. Usiadłam, chrupki zjadłam i myślę sobie w końcu, że musi coś w tym być, bo znany był mi ksiądz lubiący baraszkować z pewną mężatką, a ta nie zaszła, więc jakąś wiedzę mają. Ponieważ nie mam doktoratu, a w sekretnym pudełku góra dwadzieścia książek, reszta na apce i poddaszu, postanowiłam że zadzwonię do kogoś mądrzejszego i wybrałam swoją matkę, reprezentantkę starszyzny w stadzie naszych kobiet. Skrzyżowanie Hanki Bielickiej i Zbyszka Stonogi. Czułam, że mogłam na nią liczyć, a na męża nie, bo ten chciał kupić dom w Polsce, bo wszyscy są tam mili i uznałam jednak, że szkoda sobie strzępić ryja. Wybrałam więc numer, wytłumaczyłam sytuację czując ciężar jaki spada na kobiety. Wstrzymałam oddech w oczekiwaniu na reakcję, ponieważ matka jest wierząca i z rozdziabioną gębą czekałam na słowo otuchy, na znak jakiś…z nieba może… Spodziewałam się ciepłego, matczynego głosu, jakiegoś – koniec świata! albo o cholera!, a w zamian otrzymałam: Oni się chyba z chujami na głowy pozamieniali!!! Po tym krótkim aczkolwiek wstrząsającym doświadczeniu, pośpieszyłam do domu rodzicielki z wysokoprocentowym trunkiem, aby wspólnie przy okrągłym stole dokonać analizy umiejscowienia macicy u księży. Były jeszcze próby szukania mózgu u polityków, doszukiwania się związku wiary z upodleniem kobiety, ale skończyło się to mniej więcej tak:

stonoga zdj. YouTube.

Ponieważ jednak losy kobiet leżą mi na sercu, postanowiłam na poważnie porozmawiać z kobietami które znam. Czym więcej jednak tych rozmów było, tym bardziej nasz los wydawał się  CHUJOWY. W miarę jedzenia apetyt rośnie, więc zaczęłam czytać wyznania kobiet, jednocześnie rozważając wizytę u psychiatry, chociaż błądząc po postach mój mózg tak się skurczył, że w sumie ingerencja weterynarza nie byłaby dla mnie żadną ujmą…Na jednej z grup dla kobiet czytam: Czy wasi mężowie, pozwalają wam samym wychodzić z koleżankami? Czytałam to pytanie sześć, może siedem razy, wątpiąc w swoje umiejętności rozumienia tekstu. Dla pewności przeczytałam opis grupy, bo być może kobiety pochodziły z Arabii Saudyjskiej? Nie, jednak nie. Potem kolejne posty: On chce żebym wróciła do pracy, ale przecież syn ma cztery lata, a my się jeszcze karmimy. No drogie panie! Olaboga! Trzymajcie mnie, moja twarz poczerwieniała, bo za moment przybyła kolejna, która nie ma pracy i nie ma dokąd iść z dzieckiem. Teraz bije ją mąż, ona nie ma oszczędności, bo do tej pory wszystko było ok. Jeśli myślałaś, że rząd ci pomoże, to zaprawdę powiadam ci – nie pomoże, upodli i kurwa zdehumanizuje, sprowadzi na ziemię i postawi na tobie wielkiego klocka w momencie kiedy urodzisz dziecko lub poprosisz o pomoc. Ty swoje zadanie wykonałaś, urodziłaś i możesz zdychać. Bo dopóki na nich głosujesz, dopóki są cię w stanie przekupić zasiłkiem, dopóki pytasz czy opłaca ci się iść do pracy, mają cię w garści! I nikt nie podniesie emerytury twojej matce, która żyje na skraju ubóstwa, bo osiem milionów złotych lepiej dać kościołowi! Czego nam brakuje, żeby się porządnie wkurwić? Pytam czego? Ilu panów i władców chcesz jeszcze obsługiwać swoimi rękami i swoją macicą??? Ile postów błagających matek o wparcie finansowe chorych dzieci będziesz jeszcze ignorować? Bo cię nie stać? Bo sama masz chore dziecko? Jakim prawem ktokolwiek ma czelność zbiorowo grzebać w twoich narządach rozrodczych, nie pytając cię o twoje zdanie? Nie bądź miła – chuj z byciem miłą! Nie można być miłą, kiedy ktoś uważa ciebie za człowieka drugiej kategorii, nie będącego w stanie samodzielnie podejmować decyzji. Od kiedy jesteś UBEZWŁASNOWOLNIONA?

W rządzie jesteśmy w mniejszości, w kościele jako kobiety nie mamy żadnych praw. Ż A D N Y C H   P R A W. Nie będziesz ich miała ty, nie będzie ich mieć twoja córka. Nigdy. Pamiętaj, że gwałt w Polsce to czyn karalny. Czyn karalny? Czyn karalny to dłubanie sobie w nosie i wycieranie tego o szybę w autobusie. To jest czyn karalny. Nasikanie na pomnik, to jest czyn karalny! Gwałt i mordowanie polskich kobiet w imię fanatyzmu to zbrodnia. Nie jesteś tylko Polką, jesteś też Europejką. Tylko od ciebie zależy, kto za twoją zgodą będzie ci grzebał w macicy. Otwórz oczy i zobacz jak silna jest promocja macierzyństwa w polskim internecie. Zobacz z jaką agresją ze strony innych kobiet się spotykasz, jeśli otwarcie mówisz, że nie chcesz karmić piersią lub że miałaś cesarkę na żądanie. Tak jakby każdy miał prawo decydować o twoim własnym ciele, o twoim własnym życiu. Jak myślisz? Po czyjej stronie są te kobiety? Pamiętasz jak czytałaś u mnie wpisy o WIELKIM POWROCIE DO NATURY? O fanatycznym wręcz podejściu do karmienia piersią, obsesyjnym szkalowaniu kobiet po cesarskim, materiałowych podpaskach i wpajaniu kobietom modelu matki eko sreko? Czy więc całkowity zakaz aborcji, nie jest punktem kulminacyjnym WIELKIEGO POWROTU DO NATURY? No bo jak nazwać przypadek, kiedy kobieta musi umrzeć, bo jest w ciąży a lekarz nie ma prawa ingerować? Co jeszcze zostanie ci odebrane, bo ciągle żyjesz więc coś na pewno można?

Wolność. Zostanie ci odebrana wolność. Najpierw do swobody planowania rodziny, potem do swobody wypowiedzi, a na końcu do obrony w sądzie. Wcale nie musisz organizować wycieczki do Syrii, żeby sprawdzić jak żyje się w państwie fanatyków wyznaniowych. Możesz jednak się potężnie wkurwić i całkowicie zmienić historię swojego kraju. Nie tylko dla siebie, ale dla wszystkich kobiet. Ten protest to przełomowy moment, nie tylko w walce o prawa kobiet, ale również walce o własne życie i przyszłość. Nie wystarczy być zimną suką w necie czy inną super mamą. Kobiety ramię w ramię walczyły o wolność Polski i tej wolności nikt wam nie ma prawa odebrać.

Szczęśliwy ten, kto nie poznał babskiej furii, bo ta raz wywołana nigdy się nie kończy. I dobrze mówi pan Terlik, pozostaje się tylko modlić 😂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Youtube

Grażyna lajfstajlu

Coś we mnie pękło. Pamiętam jak w szkole podstawowej, moja koleżanka Anka, wymierzała sobie sprawiedliwość zajebiście głośnym facepalmem, zanim to jeszcze było modne. Zanim w ogóle był internet. Anka nie ma zmarszczek na czole, ani nigdzie indziej. Polecam tą terapię.

Jestem tutaj długo. Konto na portalu Facebook, założyłam w 2008. Na początku był spokój. Znikoma ilość znajomych przebywała na Fejsie, bo Nasza Klasa była jarmarkiem szczęśliwych rodzin, wycieczek na sumę, kościelnych ałtfitów i nowych samochodów na raty. Church fashion, chrzciny czy dożynki w Złapzacycach, w grę wchodził status społeczny… Fejsik natomiast wydawał się zbyt skomplikowany, brzydki i miał kolor stopy nieboszczyka (teraz połowa łazienek moich znajomych ma ten obrzydliwy kolor). Ogólnie mało się działo, ludzie nie mieli w zwyczaju się komunikować z wrodzonej nieśmiałości, ale zaczęli doceniać brak funkcji – kto cię podglądał – i stalkowali się do upadłego na nowo odkrytym przylądku próżności. Z biegiem czasu, napływ wytrysku emocjonalnego połączonego z postami z Kwejka, stał się intensywny jak wódka u Zbyszka Stonogi pod lufą ABW. I tak to było…człowiek nie widział Romka Pietruchy od czasu podstawówki, zaakceptował zaproszenie i cisza. Minął rok, wstawiał coś fajnego – cisza. Zero reakcji. A inni mieli tysiące znajomych… tysiące follołersów…bo byli światowi.

Nagle nastąpił boom polskości na Fejsie. Począwszy od oficjalnych stron osób publicznych, skończywszy na stronach o tym jak zrobić ciasto lub zepsuć sobie włosy. Karuzeli śmiechu nie było końca. Potem fejkowe posty o dzieciach, których życie miało uratować wpisanie słowa AMEN lub lajkowanie zdjęcia Papieża z dopiskiem PAMIĘTAMY! Na podstawie lajkowania gównopostów, można było zweryfikować swoje znajomości, skutecznie je sklasyfikować i po prostu sobie odpuścić. Najgorsze było jeszcze przed nami. Politycy, kłótnie, pseudocelebryci, kolorowe obrazki przyprawiające o zgagę, kołcze z dupy, walki wegan z mięsożercami, matki wojujące mieczem, chustą i czym tam jeszcze chcecie, ogólnie beka. Z tym, że akurat dobrą gównoburzę świetnie się czyta. Z zainteresowaniem oglądałam narodziny szafiarek oraz tabuny kobiet, które lajkowały posty jak wygłodzone hieny bez pomysłu na płaszczyk. Hajlajf! Fejm! Liderki stajlu! Czemu nie, jeśli jest potrzeba to są celebryci. W pewnym momencie zaczęło mnie to przerastać. Facebook podzielił się na kompletnie dwa oddzielne fronty. Dla facetów powstały dość dobre strony, dla nas macierzyństwo, hybrydy i słitaśne blogusie. Zimne suki, blogi lajfstajlowe, fitness, żarcie, obsługa wibratora, you name it! Czy mogło być gorzej? Jasne, że tak!

OKAZAŁO SIĘ BOWIEM, ŻE JESTEM ZAJEBIŚCIE PRZECIĘTNA.

Nastąpiło to po odkryciu Instagrama. Za cholerę nie potrafię robić dobrych zdjęć. Dla mnie zrobienie dobrego zdjęcia jajecznicy, to jak nawlekanie igły łokciem. Za każdym razem, niezależnie od zdolności kulinarnych, na zdjęciu wychodzi coś co wygląda jak rzygowiny kota. Niedługo po tym mnie olśniło i stwierdziłam, że sport jest dla każdego, więc na nic wymówki! Koleżanki cięły się skalpelem Chodakowskiej, a mnie po powrocie z pracy chciało się paść na mordę i dryfować na poduszce przez kolejny tydzień. Raz nawet odpaliłam filmik, ale Ewa mówiła coś o jogurcie, a mnie się chciało jeść i poszłam spać. Przynajmniej tak mi się wydawało, bo weszłam jeszcze na Fejsa. I wtedy wyskoczyła ta laska. Ideał kobiety Social Media. Z brwiami jak scyzoryk, ważąca nie więcej niż mój lewy cycek, ubrana w modne kozaki podkreślające kolana szpiczaste jak jej hybrydy. Prowadziła firmę, miała zajebisty samochód, czwórkę dzieci i sterczące cycki (tak pisało w internecie, więc to na pewno prawda). Normalnie żal…zajęczałam z samego rana w łazience spoglądając na osobę w lutrze, będącą skrzyżowaniem wkurwionej lamy i Krystyny Pawłowicz. Zeszłam do kuchni. Kawa nie czekała…tosty same nie wyskoczyły…Półnagi mąż nie nalał Kasi soczku, za to pies postawił klocka w ogrodzie. Taki bonus. Jednym słowem hajlajf level Grażyna.

TAK NIE MOŻE BYĆ!

Pomyślałam i truchtem do lekarza. Odbębniłam wszystkie badania i okazało się, że wszystko  ze mną ok. – Czyli jestem świnią? Zalotnie (i z klasą) zapytałam lekarza Hindusa, który jak na złość okazał się zajebiście przystojny. Zaśmiał się… Wio na Fejsik. Tam jest tyle blogów o żarciu, Kaśka – nie ograniczaj się ty wieśniaku, pomyślałam sobie. Chleb poszedł w odstawkę, natomiast moje menu poszerzyło się o nowe rzeczy. Jedną z tych rzeczy był sos Wasabi. Do tej pory jadłam suszi bez dodatków. Moja intuicja jeszcze nigdy mnie nie zawiodła i starałam się jeść różne rzeczy bez zbędnych anomalii smakowych. Tego dnia usiadłam w pracy i otwarłam magiczną saszetkę. Wyglądała dość niewinnie, a ja zastanawiałam się ile walorów smakowych tracę, bo ja tego nigdy nie jem. Przed zassaniem całości na raz, pomyślałam o tych wszystkich fit blogerkach, o tych idealnych kucharkach, o tym wielkim świecie nadętych ust, który stoi przede mną otworem… Płakłam. Zawyłam jak hiena! Byłam przekonana, że odpadł mi nos, ale nie mogłam tego sprawdzić, bo ściana łez to zdradliwa szmata. Po jaką cholerę ludzie się oszukują, że to zajebiste? Czy to się już tak utarło, jak wątpliwy fakt że Robert Pattison jest przystojny? Czy to wstyd w dzisiejszych czasach być uczciwą Grażyną? Moja matka mi zawsze powtarzała,że tego czego nie zje twój pies, ty sama nie powinnaś próbować. Miała rację. Kłamstwo i szpan to dramat naszych czasów i nikomu nie jest potrzebna trzecia dziurka w nosie.

DWA LATA WSTECZ

Jak na prawdziwą Grażynę przystało, zabrałam dzieci zagranico. Spiekłam się jak Karyna na solarium, ale to nie moja wina. To geny. Geny śmieszki, bo ciało brązowe, a twarz uparcie bordo jak po dobrym sparingu. Jako #noneckmonster (szyja zawsze była biała, a reszta czarna), uznałam, że to taki dżołk natury. Taki psikus, żeby te zdjęcia na Insta były jeszcze gorsze. Tego dnia zabrałam starszą córkę na skutery wodne. Śnieżne? LEVEL EXPERT. Więc dlaczego nie wodne? Na filmach to takie zajebiste! Bogaci tak robio! Jaki ten instruktor był naiwny…Po krótkiej pogadance, puścił mnie z córką na głębokie, kurewsko wzburzone morze. Kiedy ludzie osiągnęli rozmiar mrówek, morze zaczęło trzepać tą zasraną łupiną od orzecha tak specjalnie, żebym umarła. Końcówką brody zaczęłam wciskać swoje serce do klatki piersiowej. Jedną ręką trzymałam kierownicę, czy jak to się nazywa, a drugą sprawdzać czy moja córka jeszcze tam jest. Wiatr zadecydował, że muszę spaść z rowerka…Nie poddałam się. Już sama myśl, o spadaniu i wyrywaniu kluczyka mnie przeraziła, o swojej pierworodnej nie wspomnę. Dobiłam do portu w rytmie ruchów frykcyjnych i nawet chciałam zaorać śmiejącego się Rosjanina, ale odpuściłam bo wojna z Putinem nie była mi jednak potrzebna. Jakiś opalony instruktor Alvaro zabrał ją na przejażdżkę życia. Myślę sobie trzydzieści ojro, niech dziewczyna się rozerwie. Poszedł jak burza…Córkę wystrzeliło w powietrze, a ja Grażyna nic nie mogłam zrobić. Ona wróciła szczęśliwa, a ja chyba lekko popuściłam. I jeszcze ten zasrany piasek, palił mnie w kopyta tak niemiłosiernie, że odechciało mi się luksusów i tego wieczoru poszłam na Pinę Coladę z mężem. No dobra…na dziesięć Pina Colad, ciągle rozpamiętując mój występ jako Grażynka z Bay Watch szorująca do brzegu jak foka z taniego porno.

WOLĘ BYĆ GRAŻYNĄ

I wolę się przyznać, że czegoś nie wiem lub nie potrafię, bo tylko wtedy spotykam się ze zrozumieniem innych. Nie tylko necie, ale też w życiu realnym. Na Fejsach musisz być guru od wszystkiego, chociaż nawet nie, bo jeśli umiesz się sprzedać to napiszą za ciebie, a zdjęcie jajecznicy zawojuje internet. Ludzie dają się karmić kupą owiniętą w papier Gucci, rzuconą na ściankę eventu dla bezmózgów z pojemnym kroczem. Czasami odnoszę wrażenie, że w lajkowaniu jesteśmy byle jacy, a wszystko co zwykłe jest chujowe. Więc udajemy. Kreujemy swój wizerunek tak, żeby szlag trafił sąsiadkę. Crossfity, zumby, kursy, business wódki, znajomi pasujący do naszych kredytów. Powiem tak: mój pies jutro zrobi kupę, zupełnie mając to w dupie. Zazdroszczę mu tej wolności.

Wasza Grażyna