Grażyna lajfstajlu

Coś we mnie pękło. Pamiętam jak w szkole podstawowej, moja koleżanka Anka, wymierzała sobie sprawiedliwość zajebiście głośnym facepalmem, zanim to jeszcze było modne. Zanim w ogóle był internet. Anka nie ma zmarszczek na czole, ani nigdzie indziej. Polecam tą terapię.

Jestem tutaj długo. Konto na portalu Facebook, założyłam w 2008. Na początku był spokój. Znikoma ilość znajomych przebywała na Fejsie, bo Nasza Klasa była jarmarkiem szczęśliwych rodzin, wycieczek na sumę, kościelnych ałtfitów i nowych samochodów na raty. Church fashion, chrzciny czy dożynki w Złapzacycach, w grę wchodził status społeczny… Fejsik natomiast wydawał się zbyt skomplikowany, brzydki i miał kolor stopy nieboszczyka (teraz połowa łazienek moich znajomych ma ten obrzydliwy kolor). Ogólnie mało się działo, ludzie nie mieli w zwyczaju się komunikować z wrodzonej nieśmiałości, ale zaczęli doceniać brak funkcji – kto cię podglądał – i stalkowali się do upadłego na nowo odkrytym przylądku próżności. Z biegiem czasu, napływ wytrysku emocjonalnego połączonego z postami z Kwejka, stał się intensywny jak wódka u Zbyszka Stonogi pod lufą ABW. I tak to było…człowiek nie widział Romka Pietruchy od czasu podstawówki, zaakceptował zaproszenie i cisza. Minął rok, wstawiał coś fajnego – cisza. Zero reakcji. A inni mieli tysiące znajomych… tysiące follołersów…bo byli światowi.

Nagle nastąpił boom polskości na Fejsie. Począwszy od oficjalnych stron osób publicznych, skończywszy na stronach o tym jak zrobić ciasto lub zepsuć sobie włosy. Karuzeli śmiechu nie było końca. Potem fejkowe posty o dzieciach, których życie miało uratować wpisanie słowa AMEN lub lajkowanie zdjęcia Papieża z dopiskiem PAMIĘTAMY! Na podstawie lajkowania gównopostów, można było zweryfikować swoje znajomości, skutecznie je sklasyfikować i po prostu sobie odpuścić. Najgorsze było jeszcze przed nami. Politycy, kłótnie, pseudocelebryci, kolorowe obrazki przyprawiające o zgagę, kołcze z dupy, walki wegan z mięsożercami, matki wojujące mieczem, chustą i czym tam jeszcze chcecie, ogólnie beka. Z tym, że akurat dobrą gównoburzę świetnie się czyta. Z zainteresowaniem oglądałam narodziny szafiarek oraz tabuny kobiet, które lajkowały posty jak wygłodzone hieny bez pomysłu na płaszczyk. Hajlajf! Fejm! Liderki stajlu! Czemu nie, jeśli jest potrzeba to są celebryci. W pewnym momencie zaczęło mnie to przerastać. Facebook podzielił się na kompletnie dwa oddzielne fronty. Dla facetów powstały dość dobre strony, dla nas macierzyństwo, hybrydy i słitaśne blogusie. Zimne suki, blogi lajfstajlowe, fitness, żarcie, obsługa wibratora, you name it! Czy mogło być gorzej? Jasne, że tak!

OKAZAŁO SIĘ BOWIEM, ŻE JESTEM ZAJEBIŚCIE PRZECIĘTNA.

Nastąpiło to po odkryciu Instagrama. Za cholerę nie potrafię robić dobrych zdjęć. Dla mnie zrobienie dobrego zdjęcia jajecznicy, to jak nawlekanie igły łokciem. Za każdym razem, niezależnie od zdolności kulinarnych, na zdjęciu wychodzi coś co wygląda jak rzygowiny kota. Niedługo po tym mnie olśniło i stwierdziłam, że sport jest dla każdego, więc na nic wymówki! Koleżanki cięły się skalpelem Chodakowskiej, a mnie po powrocie z pracy chciało się paść na mordę i dryfować na poduszce przez kolejny tydzień. Raz nawet odpaliłam filmik, ale Ewa mówiła coś o jogurcie, a mnie się chciało jeść i poszłam spać. Przynajmniej tak mi się wydawało, bo weszłam jeszcze na Fejsa. I wtedy wyskoczyła ta laska. Ideał kobiety Social Media. Z brwiami jak scyzoryk, ważąca nie więcej niż mój lewy cycek, ubrana w modne kozaki podkreślające kolana szpiczaste jak jej hybrydy. Prowadziła firmę, miała zajebisty samochód, czwórkę dzieci i sterczące cycki (tak pisało w internecie, więc to na pewno prawda). Normalnie żal…zajęczałam z samego rana w łazience spoglądając na osobę w lutrze, będącą skrzyżowaniem wkurwionej lamy i Krystyny Pawłowicz. Zeszłam do kuchni. Kawa nie czekała…tosty same nie wyskoczyły…Półnagi mąż nie nalał Kasi soczku, za to pies postawił klocka w ogrodzie. Taki bonus. Jednym słowem hajlajf level Grażyna.

TAK NIE MOŻE BYĆ!

Pomyślałam i truchtem do lekarza. Odbębniłam wszystkie badania i okazało się, że wszystko  ze mną ok. – Czyli jestem świnią? Zalotnie (i z klasą) zapytałam lekarza Hindusa, który jak na złość okazał się zajebiście przystojny. Zaśmiał się… Wio na Fejsik. Tam jest tyle blogów o żarciu, Kaśka – nie ograniczaj się ty wieśniaku, pomyślałam sobie. Chleb poszedł w odstawkę, natomiast moje menu poszerzyło się o nowe rzeczy. Jedną z tych rzeczy był sos Wasabi. Do tej pory jadłam suszi bez dodatków. Moja intuicja jeszcze nigdy mnie nie zawiodła i starałam się jeść różne rzeczy bez zbędnych anomalii smakowych. Tego dnia usiadłam w pracy i otwarłam magiczną saszetkę. Wyglądała dość niewinnie, a ja zastanawiałam się ile walorów smakowych tracę, bo ja tego nigdy nie jem. Przed zassaniem całości na raz, pomyślałam o tych wszystkich fit blogerkach, o tych idealnych kucharkach, o tym wielkim świecie nadętych ust, który stoi przede mną otworem… Płakłam. Zawyłam jak hiena! Byłam przekonana, że odpadł mi nos, ale nie mogłam tego sprawdzić, bo ściana łez to zdradliwa szmata. Po jaką cholerę ludzie się oszukują, że to zajebiste? Czy to się już tak utarło, jak wątpliwy fakt że Robert Pattison jest przystojny? Czy to wstyd w dzisiejszych czasach być uczciwą Grażyną? Moja matka mi zawsze powtarzała,że tego czego nie zje twój pies, ty sama nie powinnaś próbować. Miała rację. Kłamstwo i szpan to dramat naszych czasów i nikomu nie jest potrzebna trzecia dziurka w nosie.

DWA LATA WSTECZ

Jak na prawdziwą Grażynę przystało, zabrałam dzieci zagranico. Spiekłam się jak Karyna na solarium, ale to nie moja wina. To geny. Geny śmieszki, bo ciało brązowe, a twarz uparcie bordo jak po dobrym sparingu. Jako #noneckmonster (szyja zawsze była biała, a reszta czarna), uznałam, że to taki dżołk natury. Taki psikus, żeby te zdjęcia na Insta były jeszcze gorsze. Tego dnia zabrałam starszą córkę na skutery wodne. Śnieżne? LEVEL EXPERT. Więc dlaczego nie wodne? Na filmach to takie zajebiste! Bogaci tak robio! Jaki ten instruktor był naiwny…Po krótkiej pogadance, puścił mnie z córką na głębokie, kurewsko wzburzone morze. Kiedy ludzie osiągnęli rozmiar mrówek, morze zaczęło trzepać tą zasraną łupiną od orzecha tak specjalnie, żebym umarła. Końcówką brody zaczęłam wciskać swoje serce do klatki piersiowej. Jedną ręką trzymałam kierownicę, czy jak to się nazywa, a drugą sprawdzać czy moja córka jeszcze tam jest. Wiatr zadecydował, że muszę spaść z rowerka…Nie poddałam się. Już sama myśl, o spadaniu i wyrywaniu kluczyka mnie przeraziła, o swojej pierworodnej nie wspomnę. Dobiłam do portu w rytmie ruchów frykcyjnych i nawet chciałam zaorać śmiejącego się Rosjanina, ale odpuściłam bo wojna z Putinem nie była mi jednak potrzebna. Jakiś opalony instruktor Alvaro zabrał ją na przejażdżkę życia. Myślę sobie trzydzieści ojro, niech dziewczyna się rozerwie. Poszedł jak burza…Córkę wystrzeliło w powietrze, a ja Grażyna nic nie mogłam zrobić. Ona wróciła szczęśliwa, a ja chyba lekko popuściłam. I jeszcze ten zasrany piasek, palił mnie w kopyta tak niemiłosiernie, że odechciało mi się luksusów i tego wieczoru poszłam na Pinę Coladę z mężem. No dobra…na dziesięć Pina Colad, ciągle rozpamiętując mój występ jako Grażynka z Bay Watch szorująca do brzegu jak foka z taniego porno.

WOLĘ BYĆ GRAŻYNĄ

I wolę się przyznać, że czegoś nie wiem lub nie potrafię, bo tylko wtedy spotykam się ze zrozumieniem innych. Nie tylko necie, ale też w życiu realnym. Na Fejsach musisz być guru od wszystkiego, chociaż nawet nie, bo jeśli umiesz się sprzedać to napiszą za ciebie, a zdjęcie jajecznicy zawojuje internet. Ludzie dają się karmić kupą owiniętą w papier Gucci, rzuconą na ściankę eventu dla bezmózgów z pojemnym kroczem. Czasami odnoszę wrażenie, że w lajkowaniu jesteśmy byle jacy, a wszystko co zwykłe jest chujowe. Więc udajemy. Kreujemy swój wizerunek tak, żeby szlag trafił sąsiadkę. Crossfity, zumby, kursy, business wódki, znajomi pasujący do naszych kredytów. Powiem tak: mój pies jutro zrobi kupę, zupełnie mając to w dupie. Zazdroszczę mu tej wolności.

Wasza Grażyna